05.04.2016

Aleksander Milewski

„Kompromis”, czyli zespół niespokojnych nóg 

 

W dniu 31 marca 2016 r. wódz partii rządzącej spotkał się z szefami opozycji w celu wypracowania kompromisu w sprawie Trybunału Konstytucyjnego unieszkodliwionego (chwilowo, mam nadzieję) wcześniejszymi działaniami wodza i jego oddanych, bezbarwnych popleczników.

Zapraszając przedstawicieli opozycji wódz kierował się intencjami jasnymi jak słońce w późne, grudniowe popołudnie – rozwiązać pat, jaki „wytworzył się” wokół Trybunału Konstytucyjnego, pokazać państwu i światu oblicze człowieka otwartego na dialog i skłonnego do kompromisu, demokraty, którym kieruje troska o dobro wspólne, prawidłowe funkcjonowanie demokratycznych instytucji, przestrzeganie Konstytucji, itd. Trochę się wcześniej napsuło (he! he!) – mówi wódz, ale w sumie, jak tak się dobrze przyjrzeć, to nie do końca w tym TK wszystko działało jak należy, a i poprzednicy psuli TK ile się da – w imię swoich doraźnych i przyszłych politycznych interesów. Zepsuło się to i owo – mówi wódz, ale nie ma rzeczy, której wspólnym wysiłkiem narodu („suwerena”), a właściwie jego reprezentantów, reprezentantów różnych partii i punktów widzenia, nie dałoby się naprawić. A i zagranica, zdezorientowania i niedoinformowana w tym i nie tylko w tym względzie zobaczyłaby mądrość narodu, który już raz ją okazał, dokonując takiego, a nie innego wyboru swoich przedstawicieli w wyborach parlamentarnych anno domini 2015.

Przyszli! Zwabieni możliwością, albo raczej mirażem współdziałania, współudziału, współdecydowania o rozwiązaniach instytucjonalnych, które będą kształtowały kraj, przynajmniej w najbliższym czasie. Przyszli ze wszystkich z stron – z parlamentu i spoza parlamentu, z prawej i z lewej strony tzw. sceny politycznej, od cichych wspólników wcześniejszego dożynania TK aż do opozycji „totalnej”. Całe spectrum reprezentantów różnych opcji, perspektyw i punktów widzenia!

Po co przyszli? Czyżby wierzyli w zdolność małego człowieka do kompromisu? W szczerość deklarowanych przez niego intencji osiągnięcia rozwiązania satysfakcjonującego, w mniejszym czy większym stopniu, wszystkie strony? I to w sytuacji, w której nawet sondaże dość jednoznacznie wskazują, że większa część wyborców życzy sobie – i to nie jako warunku wstępnego jakiegokolwiek kompromisu – lecz życzy sobie, powiedzmy, bezwarunkowo – natychmiastowego opublikowania wyroku TK z 9 marca?

O ile nie tak bardzo dziwi chęć udziału w spotkaniu przedstawicieli opcji współodpowiedzialnej za wydźwignięcie dobrej zmiany na parlamentarny piedestał, za obecny kryzys, o tyle zastanawiać musi naiwność tych, którzy w tej sprawie mają – póki co – ręce czyste! W tym naiwność i tych, którzy – podobnie jak KOD – odliczają dni, które upłynęły od 9 marca! Tych, którzy wyświetlają liczbę tych upływających dni na rozjaśnionej celowo przez władze – żeby liczby dni nie było widać – fasadzie siedziby wielkiego mogoła!

Politycy. Nie ma dla polityka nic gorszego niż wmieszanie się w tłum myślących podobnie, niż bezbarwność, półprzeźroczystość, stanie się elementem masy – jednego układu, który coś tam sobie ustala (albo mu się tak wydaje), coś tam sobie negocjuje i na coś ma nadzieję w sytuacji, gdy sprawa jest jasna i prosta! Otóż, dla większej części wyborców, dla większości z nas sprawa jest jasna i prosta – należy opublikować wyrok! Należy opublikować go niezwłocznie! Publikacja wyroku nie jest ani wstępem, ani warunkiem czegokolwiek! Publikacja wyroku z 9 marca jest obowiązkiem rządzących! Tyle!

I nie jest w tym momencie pokręconych naszych dziejów najnowszych ważne, na ile upolitycznionym, czy na ile nieupolitycznionym organem państwa jest TK. W tej chwili nie ma najmniejszego znaczenia, co można w jego konstrukcji (zmiany dokonane przez dobrą zmianę są, zgodnie z wyrokiem TK, nieważne) poprawić, ponieważ w tych uwarunkowaniach politycznych, przy tym składzie parlamentu, nie da się niczego poprawić! Trzeba szanować i ochraniać podstawy tego państwa takie, jakie są, choćby nawet były niedoskonałe. Tym bardziej, że zeszłoroczne decyzje wyborców i będący ich skutkiem skład Sejmu i Senatu nie tworzą żadnych warunków do poprawiania instytucji państwa!

Naród. Życie opiera się na prostych zasadach. Nie trzeba czytać dzień i noc, aby je znać. Trzeba je rozumieć i stosować. Trzeba je umieć dostrzec w danej sytuacji, przy wszystkich zmiennych, jakie się na tę sytuację składają. Nie wszystkie zaproszenia się przyjmuje! Dlatego zapytam liderów partii politycznych, obecnych na spotkaniu w dniu 31 marca tak: jak, Państwa zdaniem, czują się ci, którzy są przekonani, że dobra zmiana ma obowiązek opublikowania wyroku z 9 marca, albo nawet ci, dla których wstępnym i koniecznym warunkiem jakichkolwiek rozmów na jakiekolwiek tematy, powinna być publikacja wyroku z 9 marca? I dalej, co sądzimy o tych, którzy idą coś tam ustalać w sytuacji, gdy ten warunek nie jest spełniony, a wypowiedzi i cała postawa zapraszającego nie pozostawiają cienia wątpliwości, że spełniony nie będzie?

Media. Artykuły o wizerunkowym sukcesie małego człowieka napisano przed spotkaniem! Jedyny skutek rozmów w sprawie „kompromisu i dialogu” osiągnięty został w chwili, w której zaproszeni goście wkroczyli do sali obrad i zasiedli na swoich miejscach. W tym momencie spotkanie mogło się już zakończyć, ponieważ wszystko, co potem powiedziano nie miało już żadnego znaczenia. Przygotowane wcześniej teksty dziennikarzy dobrej zmiany dotyczyły obecności liderów opozycji, samej ich obecności na spotkaniu, niczego więcej, a mocodawca ideologiczny, pracodawca hejterów i ludzi dobrej zmiany, mentor i dobroczyńca szeroką autostradą pędzących po swój największy (choćby krótkotrwały) życiowy sukces w postaci władzy, stanowisk, banknotów NBP, przeprowadzek i urządzania się w stolicy, w kopalniach miedzi, w rafineriach, w stadninach aż zacierał rączki z zadowolenia.

Nie ma polaryzacji! Tego dnia druga strona politycznej barykady została zlepiona, zlepiła się sama w bezkształtną masę, w niewyraźną ciżbę pragnących kompromisu, pragnących usłyszeć o kompromisie, nie przegapić okazji do usłyszenia o kompromisie i bycia przy zawieraniu kompromisu. Warto zauważyć, że większa część narodu, jak wynika z sondaży na temat zastosowania się do opinii Komisji Weneckiej i opublikowania wyroku TK, nie miała na spotkaniu w sprawie „kompromisu i dialogu” swojego reprezentanta!

Na Zachód poszedł sygnał o gotowości do kompromisu, o pierwszych w tym celu podejmowanych działaniach, o tym, że kompromis jest możliwy, ponieważ władze udowodniły, że są otwarte na dialog. Szczyt NATO odbędzie się zatem tam, gdzie powinien się odbyć, Papież będzie na swoim miejscu – w mieście poprzedniego zamieszkania wielkiego wykonawcy, który przeprowadził się z krakowskiego przedmieścia na Krakowskie Przedmieście.

Jeśli składa się zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na nieopublikowaniu wyroku TK, to negocjować z mocodawcą podejrzanego już nie należy. Nie negocjuje się z kimś odpowiedzialnym za niszczenie instytucji państwa, a co najwyżej żąda się od niego wypełnienia tego, co jest jego obowiązkiem. Politykowanie, pewien jego styl napędzany dążeniem do kompromisu za wszelką cenę, nawet z poświęceniem wartości, których przez ćwierćwiecze udało się dopracować, jeszcze raz zbiera swoje fatalne żniwo.

Kogo mamy więc wypatrywać, wyborcy tacy jak ja, wyborcy ze swoim wyborczym, niezagospodarowanym jak dotąd głosem? Czyli większość tych, których znam? Przecież nie kogoś, kto swoją obecnością na spotkaniu daje małemu człowiekowi swobodę i czas na rozwiązanie spraw – po jego przecież, a nie po ich myśli! Daje mu czas na rozmydlenie sposobu postrzegania opinii Komisji Weneckiej, na doczekanie do szczytu NATO, na doczekanie do … końca kadencji obecnego Prezesa TK! Raczej kogoś przywiązanego do elementarnych wartości i zasad, gotowego ich konsekwentnie bronić w każdej sytuacji, nawet wobec kuszenia przez władzę perspektywą, czy iluzją współdecydowania. Kogoś, kto być może, jeszcze się nie pojawił.

Naszą rolą, rolą ludzi przywiązanych do demokracji jest, aby ktoś taki się pojawił. A kiedy się pojawi i jego działania będą odpowiadały jego słowom, dostanie mój głos i głos wielu innych. A co teraz? To proste, nie brać udziału w przedstawieniach, które w oczywisty i nieuwiarygodniony rzeczywistą wolą pojednania sposób, poprawiają – w oczach krajowego wyborcy i zagranicy – wizerunek władzy, dają jej pole manewru i czas na dalsze niszczenie instytucji państwa, nie stwarzając przy tym żadnych szans na to, aby obrócić się w społeczne dobro. Robić to solidarnie, ponieważ tylko solidarny nacisk może odnieść skutek i kiedyś – nie mam żadnych wątpliwości – taki skutek odniesie. Uzależnić jakąkolwiek formę dialogu od przestrzegania przez władzę prawa, od wykonania przez nią wynikających z tego prawa obowiązków. Po to chodzimy na demonstracje! Po to stawiamy wymagania rządzącym i postawimy tym, którzy przyjdą po nich.

 

xxx