07.04.2016

Jacek Sut

Kultura hejtu. Hejt kultury. 

 

Nadal autokorekta w komputerze słowo hejt podkreśla na czerwono. To ostatnia flanka zanim nienormalne stanie się normą. Jak do tego doszło?

ocjalizm, złośliwie zwany komunizmem, kojarzył mi się - z przeproszeniem szanownych liberalnych sumień - z kulturą. Do podstawówki przyjeżdżała filharmonia, kilka razy w roku byliśmy w teatrze, w Gorzowie lub w Zielonej Górze, były pogadanki i aule. Wiadomo dlaczego i po co. Po latach bezwzględnej represji reżim zwolnił nacisk i wspierał koncesjonowaną, jak twierdzą niezłomni lustratorzy, kulturę i sztukę.

Wraz z przemianami ustrojowymi i wszechobecną doktryną „wolnego rynku” padło hasło, że dobra sztuka i wysoka kultura nie potrzebują wsparcia, bo obronią się same. Dziś zastanawiam się jak mogliśmy wierzyć w takie idiotyzmy. Pierwsze pod nóż poszły budżety jednostek kultury, które teoretycznie nie były bezpośrednio związane z główną działalnością danej placówki, ale które w efekcie stały się zalążkiem ich dekonstrukcji. Teatrom na przykład w pierwszej kolejności zabrakło na utrzymywanie mieszkań dla, wtedy jeszcze z samej zasady, wędrujących po Polsce aktorów. Sprzedano je aktualnie zamieszkującym, czego skutkiem stało się skostnienie zespołów i śmierć wędrownego, ożywczego prądu osobowości i talentów przez polskie sceny. Przy każdej okazji słyszeliśmy, że trzeba na służbę zdrowia, na drogi, na koleje, na remonty, na odbudowę po socjalistycznej tandecie. Skubano z kultury. W mniejszych ośrodkach szkoły nie tylko nie widziały teatru i nie spotykały się z artystami innych dziedzin, ale nawet przestały zamawiać przedstawienia edukacyjne, bo zabrakło pieniędzy z tzw. „korkowego” czyli funduszu na rzecz przeciwdziałania alkoholizmowi i uzależnieniom. Dzieci straciły kontakt z żywymi przedstawicielami wolnych zawodów, z osobowościami, niekiedy znanymi w całym kraju. To był rok mniej więcej 2000. 11 lat po Okrągłym Stole kultura umarła śmiercią głodową.

Oczywiście byli beneficjenci zmian. Ci jednak, zgodnie z zasadą „nieskończonej kumulacji”, sformułowaną zresztą przez Marksa, skupiali coraz więcej wśród coraz węższej grupy pozostałym, zostawiając nic lub długi. O dziwo nadal rozprawialiśmy o „mecenatach” i „mecenasach”, marzyliśmy o „sponsorach” i turlaliśmy się na głodowych pensjach od wypłaty do wypłaty.

A dzieci? Cóż. Te, które w 2000 miały od 2 do 12 lat lat już nie uświadczyły pana aktora czy muzyka w szkole. Grzegorz Miecugow przytacza często anegdotę o tym, że dziś żaden reklamodawca nie odważyłby się na hasło reklamowe „Ociec prać!”, gdyż nikt już nie wie, kto to Kiemlicze, ani nawet Sienkiewicz. Nastoletnia adeptka sztuki teatralnej, „zakochana w teatrze” nie wie kim jest Janusz Gajos. Nic dziwnego, że tępawy osiłek bez żenady wypisuje Krystynie Jandzie obelgi, gdyż dowiedział się o niej niedawno (dzięki „rewelacjom” prawicowej prasy na temat rzekomego wyklaskiwania) i niezbyt kojarzy kim jest. A nawet pewno myśli, że jest jemu podobna.

Każdy rząd po 89 roku spychał kulturę i sztukę na margines. Argumentowano, że najpierw trzeba poprawić byt Polaków, a wtedy oni, wdzięczni i syci, sięgną sami po kulturę, chętnie za nią dużo płacąc, bo przecież jest ona „naturalną potrzebą człowieka”. Dotowanie i państwowe subwencje kojarzone były ze sterowaną centralnie gospodarką. Artyści mieli się obronić siłą swego talentu sami, bez pomocy kapitalistycznego państwa, a kto bąkał, że to się nie uda, a wręcz nie godzi, odsądzany bywał od czci i wiary oraz stawiany do kąta razem z (nomen omen) wspólnym kodem kulturowym Polaków. Teraz miało być wolnościowo i bez nacisków. Niech obywatel sam zadecyduje, czy woli wydać na teatr, czy na piwo w kawiarnianym ogródku przy grillu. Jeśli nie kupuje biletów, znaczy sztuka słaba, wystawa nietrafiona, a koncert do bani. Może i po części ta weryfikacja była słuszna, ale wracam do zapomnianych pokoleń, urodzonych między 1990 i 2000, oni nie nawykli do żywego odbioru, więc go nie znali, ergo nie był im do niczego naturalnie potrzebny.

Zanim dojdę do „ciepłej wody w kranie” muszę podkreślić, że w wyżej opisywanych dziedzinach kopernikańskie prawo wypierania dobrego pieniądza przez zły działa ze zdwojoną siłą. Eksplozja disco polo powinna dać do myślenia, ale już nie było komu. Panował pogląd, że skoro lud tego chce, to trzeba mu to dać, co się zresztą opłaca. W sumie nic w tym złego pod warunkiem, że ktoś mądry by pomyślał, że skoro lud płaci ciężkie pieniądze za szmirę, to obowiązkiem państwa jest płacić za coś, co tę szmirę zrównoważy. Wtedy wolność miałaby szansę na zaistnienie, bo istniałby rzeczywisty, a nie fikcyjny, dyktowany sprzedażowymi strategiami wybór. Obrazowo mówiąc wybór pomiędzy Coca Colą i Pepsi Colą nie zachodzi. Zachodzi za to między napojami słodzonymi i leczniczymi wodami.

Na stanowiska ministerialne w kulturze trafiały osoby (z wyjątkiem ministra Dąbrowskiego, bo Izabela Cywińska mimo wspaniałej proweniencji narobiła szkód wierząc w urynkowienie się kultury i sztuki i ich samoistną zdolność odradzania się) przypadkowe lub „zesłane”. Nikt nie chciał przyznać, że bez budżetu płynącego od państwa, spsiejemy i schamiejemy w ekspresowym tempie. Czego mamy dowody dzisiaj. Partia Kukiza i sam Kukiz reprezentują mentalność parobka z Ferdydurke. Patrząc na Krystynę Pawłowicz konstatuję, że „Świat według Kiepskich” przestał być fantazją. Tylko, że w realu przestał również śmieszyć. Dochodzi do potężnego rozwarstwienia, w którym (trzeba przyznać, że wierni) aktywni odbiorcy kultury i sztuki są jak mitologiczny 1% konsumujący jej 90%. Pozostała część żre post-popkulturowy fastfood wpychany im przez nadawcze koncerny i kompletnie nie rozumie postawy owego 1%. W przeciwieństwie do struktury społecznej nie ma tu żadnego środka. Nie ma „warstwy średniej” odbiorców kultury, warstwy, która docenia artystów, pisarzy i ich dzieła, która szanuje ludzi z dorobkiem i ich podziwia. Warstwy, która raz na jakiś czas „pozwala” sobie na wyjście do teatru, przeczytanie książki, wizytę w lokalnym Klubie Kultury na spotkaniu z malarzem i jego sztuką. Warstwy, w której zaproszenie dziewczyny na wystawę byłoby szarmanckim sznytem. Żebyśmy się zrozumieli, drodzy Czytelnicy, którzy teraz zapewne się wzburzyliście - fakt, że Wy sobie na to pozwalacie świadczy jedynie o tym, że należycie do 1%. W związku z tym statystycznie nie istniejecie. Pardon! Nie istniejemy.

Odbiorcy popkulturowego fastfood’u nie rozumieją 1%, a ponieważ nie rozumieją, to się boją, bo to dla nich obcy. O tym, dlaczego obcy zamienia się we wroga napisał pięknie Zygmunt Bauman, więc ja swoich teoriach zmilczę. Wiem jednak jedno: rozwarstwienie i tak duża dysproporcja pomiędzy tymi grupami niczego dobrego również na przyszłość nie wróży. Agresja i hejt są prostymi tego konsekwencjami. Z tym, że nie mówiłbym już o kulturze hejtu, ale o hejtowaniu kultury, jako języka obcej, czyli wrogiej grupy „wykształciuchów”.

No i 8 lat „ciepłej wody w kranie”. Nie zapomnę nigdy Donaldowi Tuskowi i Platformie Obywatelskiej jej stosunku do kultury i sztuki, a raczej kompletny jego brak. Minister Zdrojewski miał nadzieję na tekę ministra obrony, ale dali mu kulturę, w której się sprawdzał jak Staszek w biznesie. Pozostałych nawet nie warto wspominać. Indolencja i kompletna inercja. W politycznej narracji edukacja kulturowa i powszechny dostęp do dóbr kultury i sztuki nie wystąpiły nigdy. Premier za to „haratał w gałę” i mamy boisk od pytonga. Do pokoleń urodzonych po 90-tym roku dochodzą następne, w dzisiejszej sytuacji zupełnie ogłupiane narracją katolicko faszystowską, w której można lżyć każdego i niszczyć wszystko jak Talibowie posągi Buddy. Ostatnie miesiące dodały nam konieczność kolejnego pokolenia na powrót do cywilizacji Zachodu. Nawet, gdy ten rząd upadnie, to problem pozostanie, narodowcy z ulic nie zejdą, a Kukiz nie zmądrzeje.

KODerzy dyskutują o młodych, dyskutują o poszerzeniu bazy ludzkiej. Nic lepiej nie działa niż własny przykład. KOD powinien ostentacyjnie stanąć za powszechnym dostępem do kultury. Powinien zdobyć dla tego planu Ludzi Kultury i Sztuki pisanych wielkimi literami, których trzeba wozić po gimnazjach i liceach, patronować spotkaniom z młodzieżą. Powiem więcej: KOD powinien zdobyć pieniądze (składki, dotacje), żeby nikt nie musiał do tego dopłacać, a najlepiej, żeby cokolwiek zarobił. Bo za pracę trzeba płacić. Szczególnie artystom. Inne formy okazywania im szacunku zdechły. Celowo nie wymieniam celebrytów, bo oni nie należą do świata kultury, są wytworami biznesu, mają zapełniać okładki i generować sprzedaż. Rzadko są czymś więcej. Niechaj więc zostaną tam, gdzie im najlepiej czyli w „Maglu Towarzyskim”.

Tym, którzy obawiają się takiej strategii lub chętnie odłożyliby ją na „lepsze czasy” przypomnę anegdotę o Churchillu, któremu w czasie wojny przedstawiono budżet Wielkiej Brytanii. „A gdzie pieniądze na kulturę i sztukę?” miał zapytać Winston. „Panie premierze, przecież jest wojna!” - „Jeśli nie ma kultury i sztuki, to po cholerę w ogóle walczymy?”

Autor jest redaktorem naczelnym portalu sąsiedzi.pl i magazynu „Sąsiedzi”

xxx