16.04.2016

Adam Grabski

„Nie pytam jakie są prawa, ale jacy są sędziowie” (Monteskiusz) 

 

W czasach, gdy władza goni ludzi przed sobą zamiast sprawiać, by podążali za nią, monteskiuszowskie podwaliny demokratycznego porządku drżą w posadach.

         Kiedy pod koniec ubiegłego roku świat z dumą obchodził 800-lecie wydania Magna Charta Libertatum, rodzima demokracja (nie tak sędziwa jak angielska, za to pozostająca w lepszym o sobie mniemaniu), ustępowała przed samowolą władzy wykonawczej. A jako, że ta z ustawodawczą stanowią zwarty monolit, oddawała pole obu tym władzom.

Zatarcie granicy pomiędzy rządem, parlamentem i prezydentem, podporządkowanym w istocie woli jednej partii politycznej, a konkretnie jej wodza, samo w sobie stanowi poważne zagrożenie dla swobód obywatelskich, skutkując brakiem wzajemnej kontroli w przestrzeganiu demokratycznych standardów.

Dopiero jednak sforsowanie okopów władzy sądowniczej swobody te ostatecznie pogrzebie.

         W Anglii początku XII wieku świadomość społeczna była dość dojrzała, aby zakazać królowi „sprzedawania, zaprzeczania lub odraczania komukolwiek prawa i wymiaru sprawiedliwości” oraz, by mu nakazać mianowanie sędziów „tylko spośród takich ludzi, którym znane są prawa królestwa i którzy sumiennie zechcą ich przestrzegać”.

Średniowieczni Anglicy przewidzieli w swych swobodach uprawnienie do wezwania ludu, aby zniósł króla z tronu, gdyby postanowień karty przestrzegać nie zechciał. Król uznał swą podległość prawu, a wyroki sądów przyjął za uprawnione władzy swej ograniczenie.

         W jednym aspekcie echa Wielkiej Karty Swobód pobrzmiewają również we współczesnych polskich realiach. Otóż należne człowiekowi prawa, średniowieczna Karta przyznawała tylko wyższym stanom społecznym. Minęły wieki, a w dzisiejszej Polsce nadal ze szczególnych swobód korzystać mogą wyłącznie wybrani: „prawdziwi” Polacy, lepszego sortu, katolicy (choćby niewierzący, nienawidzący bliźnich i opowiadający się za karą śmierci), mięsożercy, ojcowie patriarchalnych rodzin (najlepiej wielodzietnych, choćby z gwałtu) i antykomuniści (choćby w przeszłości komunie dzielnie służyli, a obecnie jej mechanizmy z równym zapałem wdrażali), połączeni wspólnym węzłem uwielbienia dla wodza, a przynajmniej takowe uwielbienie  manifestujący.

         PiS już na początku swego niszczycielskiego marszu dał wyraźny sygnał, że poplecznikom swym gwarantuje nietykalność, że nawet wymiar sprawiedliwości ich nie dosięgnie, jeśli tylko dzielnie służyć będą.

PiS (monolit) ułaskawił Mariusza Kamińskiego zanim jego proces dobiegł końca. I nie poprzestał na tym. Wyniósł ułaskawionego na urzędy. Urzędy jeszcze bardziej eksponowane, niż te, za nadużycie których stanął on przed sądem.  

Wkrótce PiS (monolit) ułaskawi też Marcina F., bo ten przecież zapowiedział  (uroczyście, w sejmie), że będzie odbijał ojczyznę z wrogich rąk opozycji. I nie rzuca słów na wiatr. Bić umie, o czym osobiście przekonał się policjant zabezpieczający nielegalny marsz narodowców. Minister Sprawiedliwości już wstrzymał wykonanie kary więzienia prawdziwemu Polakowi i katolikowi. Ułaskawienie przez prezydenta to tylko formalność. 

         Armia PiS-u musi być bezkarna, aby mogła być bezwzględna i skuteczna. Trzeba tylko przekonać „ciemny lud”, że jej żołnierze to ofiary prześladowań ze strony sędziów – resortowych dzieci.

W obu tych przypadkach sprawa jest oczywista. Wyroki wydał przecież sędzia Łączewski – człowiek wielce skompromitowany, bo tak napisała mało komu znana „Warszawska gazeta” (teraz już bardziej znana), powołując się na poważne źródło – anonimowego internautę. Rozpętała się prawdziwa burza medialna, w której prym wiodła niezależna TVP. Burza przypadkiem zupełnie trafiła na czas, gdy sąd miał zdecydować, co począć z wytworem prezydenckiej kreatywności prawnej (ułaskawieniem nieprawomocnie skazanego).

Ciemny lud oburzony. Nie, bynajmniej nie tym, że tu i teraz prowokacja wobec sędziego, stała się rzeczą normalną. I nie tym, że nieznana gazeta zbija kapitał popularności na prowokacji wobec sędziego. To przecież zupełnie inna prowokacja, niż nakłanianie obywatela do łamania prawa przy wykorzystaniu instytucji państwa (za to nieprawomocnie skazano Kamińskiego i jego współpracowników). To prowokowanie do wyjawienia poglądów – niebezpiecznych, bo nieprzychylnych tym, którzy łamią konstytucyjne prawa. Kto staje w obronie prawa, ten polityk. A polityk nie może być sędzią. Hańba i infamia.

Sędziowie, którzy mieli się wypowiedzieć, co zrobić z tą prezydencką hybrydą też dostali jasny sygnał. Już tylko krok dzielił ich od  takiej właśnie hańby i infamii.  Kilka artykułów w prawicowej prasie o sędzi ze składu, która orzekała na podstawie dekretu  o stanie wojennym i krok ten stał się już tylko kroczkiem.

         W jednej sprawie z PiS-em zgodzić się trzeba: Nienaprawialnym błędem poczatkującej polskiej demokracji była rezygnacja z weryfikacji kadry sędziowskiej po 1989 roku. Był to czas, gdy należało jasno powiedzieć, kto jest sędzią, a kto tylko ślepym wykonawcą przepisów, kto sumieniem, a kto narzędziem. Należało ukoronować wartości i napiętnować ich brak.

Zabrakło bowiem hańby i infamii, które byłyby nauką i przestrogą dla tych, którzy przyszli potem. Tamto zaniechanie dostarczyło też obecnie rządzącym skutecznego narzędzia propagandy, która godzi we wszystkich sędziów, niezależnie od proweniencji i osłabia ich autorytet w społeczeństwie. Dlatego hańba i infamia dziś spotykają tych, którzy mają czelność samodzielnie myśleć. W ten sposób obecnie ci, dla których niezależność jest tylko wyświechtanym frazesem, zapewnią sobie spokój za cenę konformizmu, za cenę naszych swobód. I dlatego dziś ktoś taki, jak poseł Piotrowicz ustala granicę pomiędzy prawem a bezprawiem.

         Gdy 30 marca 2016 r. sąd miał zdecydować, czy klęknie przed władzą wykonawczą (przed monolitem, czyli partią, czyli wodzem), wbijając w ziemię pod ciężarem uginających się kolan konstytucyjne zasady trójpodziału władzy, równości wszystkich wobec prawa i dwuinstancyjności orzekania, czy może jednak powie „nie” autorytarnym zapędom - drugi sort z nadzieją wstrzymał oddech…

         Sędziowie jednak przyznali prezydentowi te prawa, które XII-wieczna Anglia ograniczyła swojemu królowi. Poszli nawet dalej. Uchylili wyrok skazujący i umorzyli postępowanie, choć w umorzeniu prezydent ich przecież wyręczył (ogłosił to nawet w telewizji). Czy umorzenie umorzonego postępowania nie jest sprzecznością samą w sobie? Bubel prawny? Co za różnica. Zdublowanie tej decyzji pozwoliło wysłać wyrok skazujący w niebyt, bo wiązało się z koniecznością uchylenia wyroku skazującego.

Wszyscy dostali ten sam sygnał – kto z nami, ten bezkarny. Według profesor Ewy Łętowskiej sprawa zasługiwała na ocenę tęgich głów z Sądu Najwyższego. Czy jednak rzeczywiście aż tęgich głów potrzeba, żeby zrozumieć, że art. 139 Konstytucji to jedna z zawartych w ustawie zasadniczej ogólnych norm, które konkretyzują dopiero akty prawne niższego rzędu, że prawo łaski zostało wyczerpująco określone w przepisach postępowania karnego i dlatego od zawsze odnosiło się tylko do orzeczeń w sprawach karnych, że szersza interpretacja tego prawa oznaczałaby akceptację ułaskawiania przez prezydenta od orzeczeń w sprawach cywilnych, administracyjnych, a może i od wyroków sądów kościelnych. Dlaczego w zasadzie nieograniczone prawo łaski (jak chce monolit i jak pozwolił mu sąd) nie miałoby polegać na zwolnieniu dłużnika z długu (nakaz zapłaty to poważny dyskomfort), na uwolnieniu ustalonego sądownie ojca od ojcostwa (alimenty bywają bardziej dolegliwe niż niejedna kara za przestępstwo). Dlaczego wreszcie prezydent, który może uwolnić od ścigania, miałby nie móc nadać glejtu na dozgonną bezkarność – tak na wszelki wypadek?

         Otóż dlatego, że nawet w średniowieczu prawa władcy były ograniczone, czego „prawdziwy Polak i katolik” w XXI wieku nie potrafi docenić. I nie potrafi zrozumieć, że im większe ograniczenia ma władza, im bardziej kompetencje władz są rozdzielone, tym więcej swobód przypada obywatelowi.

Dziś brak ograniczeń władzy–monolitu przekłada się na większe swobody tych, którzy im jej bezkrytycznie służą.

Pierwyj sort niech świętuje. Niech jednak nie zapomina, że kiedy z jakichś powodów zmęczy  go przynależność do tej swoistej elity, to karta swobód obywatelskich PiS-u jego również przestanie chronić, a innej ochrony może nie być…  

         Instynkt samozachowawczy powinien więc podpowiedzieć, że lepiej powierzyć swój los niezwisłym sędziom niż kapryśnym partyjnym kacykom. Dla tych ostatnich silni moralnie sędziowie też mogą okazać się zbawienni, na wypadek, gdyby jednak wszyscy ułaskawieni nie zdołali skutecznie pobić oponentów politycznych i gdyby w przyszłości role się odwróciły (tak może się zdarzyć, o ile prezydent nie ułaskawi rządzących od wyborów).

Tylko niezawisły sędzia sprawi, że zapłata nie będzie ponad miarę (w niełaskę łatwo popaść, a minister Sprawiedliwości, jak na katolika przystało, pała przecież żądzą przywrócenia kary śmierci, co ogłosił w TVP. Nawet Kościół nie protestował, bo jest na to rada: uzupełni się straty w ludziach bezwzględnym zakazem aborcji).

         Dlatego niezależne sądy i niezawiśli sędziowie to wspólny interes obu sortów, choć jeden z nich jeszcze tego nie rozumie. Nie widzi też, że każdy kij ma dwa końce – jeżeli orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego to tylko opinia po spotkaniu towarzyskim a nie wyrok, to dlaczego tak samo nie traktować orzeczenia sądu z 30 marca?

Nieprzestrzeganie kompetencji wynikających z trójpodziału władzy to droga donikąd, a na pewno nie do zbudowania silnego państwa. Może do anarchii.

         Sędziowie od lat są łatwym celem polityków, chętnie wspomaganych przez liczne media. Budując demokrację nie pokazano im wszystkim właściwych wzorców, nie uczulono na hańbę i infamię, której źródłem powinno być dla sędziego sprzeniewierzenie się niezawisłości. Nie obronią się, gdy do tej napaści przyłączymy się my, obywatele. Odwaga karmi się aprobatą, a dla nich przyszedł czas sprawdzianu.

Dziś mamy obowiązek wspierać tych sędziów, którzy są sumieniem i nie przemilczać prawdy o  tych, którzy ponad prawo przedkładają wolę suwerena, czyli monolitu, choćby z prawem i sumieniem pozostawała w oczywistej kolizji.

         A będzie co obserwować. Osądzić bowiem przyjdzie tych co strącili samolot, zabójców klaczy z Janowa Podlaskiego, zgwałcone kobiety, którym odmówi się prawa do aborcji, może nawet Prezesa TK, a może i autorów „dobrej zmiany”, gdy wreszcie pojęciom zaczniemy przywracać właściwe znaczenia.

         Dziś nie jest ważne jakie mamy prawa, bo za przykładem z góry  niewiele one znaczą. Wystarczyło 5 miesięcy.

Dziś trzeba pytać jakich mamy sędziów.

Wiem tylko, jakich będziemy mieli. Takich na jakich sobie zasłużymy - My Społeczeństwo Obywatelskie.

xxx